Rise of the Runelords

Sesja #35 - W kraju bagien leje deszcz

Sesja #35

Postacie Graczy:
- — ?? —
- Callandor
- Iknomil III
- Jeremiasz Bubba [R.I.P.]
- Pan Ô Ramix
- Quirai

W kraju bagien lał deszcz.
Widzisz? Mówiłem że tędy przechodzili. Nigdy nie zacierają śladów, jakoś nie mogą przyswoić samej idei. Dokładnie widać ślady Barbarzyńcy, te jego buciska zostawiają ślady wyraźne jak pismo. Jasne jak słońce, chciałem powiedzieć. Tak, ale musisz się przyzwyczaić do liter – jeśli chcesz przeżyć.
Dwie małe postacie siedziały na kamieniu pod drzewem, objadając się znalezionymi po drodze jagodami. Czekali na towarzyszy, którzy wedle wszelkich przewidywań podążali tą trasą w tylko sobie wiadomym celu, i najprawdopodobniej mieli również tędy wracać.
Trzeba tylko poczekać, Jonasz, cierpliwości też się musisz nauczyć.

-

Jeremiasz Bubba – powiedział niziołek.
Callandor – powiedział człowiek.
Skończyłoby się na tym, gdyby nie Quirai – tajemnicza elfka, która nie powiedziała nawet jednego słowa od momentu gdy drużyna spotkała czekającego na nich niziołka i goblina, wracając razem z resztkami uratowanych Czarnych strzał.
Kim jest ta kobieta? – zapytał niziołek.
To moja niewolnica – odpowiedział człowiek.
W czasie krótszym niż mgnienie oka osłabiony, zaskoczony Callandor znalazł się w sytuacji, w której jakiś cholerny staruszek za pomocą brzytwy skłania go do zredefiniowania swojego postrzegania świata i prawa własności.
Nie jest Twoim niewolnikiem. Zasługujesz na zadośćuczynienie za odniesione rany. Nic więcej.
Barbarzyńca widział pana Bubbę już w różnym stanie, ale nigdy tak wściekłego. Wyglądało to jakby cała energia niewielkiej postaci skoncentrowała się na krawędzi brzytwy, która była o włos od wykreślenia krwawego uśmiechu na szyi człowieka w pawim płaszczu.
Który ustąpił.
Barbarzyńca pomyślał, że pan Bubba jednak zna się na ludziach.

-

Potem wszystko potoczyło się szybko – burmistrz Magnimar wiedział, kogo wysłać, żeby załatwić brudną robotę daleko od miasta. Szybko przygotowano plan odbicia twierdzy Czarnych Strzał, która została przejęta przez ogry – nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd.
Szybki zwiad określił sytuację – zamknięte bramy, trudne wejście przez ścieki, wędzone ciała Strzelców i ogry, które zasiedliły swoją nowo zdobytą siedzibę.
Szybki plan desantu przez mur mógł być zrealizowany dzięki Iknomilowi, którego sztuczki z linami pomogły całej drużynie przedostać się do środka.
Szybkie uderzenie. Z zaskoczenia.
Tak miało być.
I tak było. Było szybko.

-

Bieg po schodach, wybicie ze śródstopia, uderzenie z góry, krew na twarzy.
Obrót.
Trzej kolejni. Mocny zamach, smród flaków. Krok. Uderzenie. Ból. Wściekłość. Zamach. Smak krwi.

Bieg po schodach.
Tłum.
Gest dłonią – energia. Myśl – energia. Słowo – ogień.

Bieg po schodach.
Wrzask.
Za nim! Silny! Uderzenie. Ziemia.

Padł. Smarkacz.
Bieg.
Unik, skok, pad, sztylet, pałka, sztylet, pałka, trzymaj rytm, pad.

Tłum. Smród.
Siarka – fiolka – rzut.
Ogień – palone ciała – adrenalina – znajoma butla – paskudne kurcze, ale już lepiej, już zwinniej, już szybciej.

Orzeł. Strzał.
Leć!
Strzały i ptaki myślą tak samo. Leć!

Głupcy.
Miecz, myśl, ruch.
Chcę to przeżyć. Gest – energia. Chcę to przeżyć. Ruch – ostrze. Chcę to przeżyć. Myśl – chcę!

Krew.
Gest, myśl, słowo.
Krew.
Pad, za wolno, hak, krew, przecież znowu to nie Twoja walka, ból, Jonasz, ból. Lot.
Krew.
Krew.
Leć!
Głupcy.
Krew.
Ogień.

Było szybko. Tak miało być.

-

W kraju bagien lał deszcz.
Dym i tak unosił się w górę. Dym z wędzarni. Tłuste kłęby śmierdzące palonym mięsem wypełniały dziedziniec twierdzy.
Człowiek, krasnolud i gnom chodzą pomiędzy zwalistymi górami mięśni i flaków i szukają znajomych twarzy.
Są, pomazane krwią, przypalone, pocięte – ale dalej znajome.
Dalej znajome, nawet jeżeli zastygłe w grymasie bólu z otwartymi szeroko oczami, po raz ostatni patrzącymi w siekące wodą niebo.
Na koniec jest tylko mała, śmieszna postać z wielką głową trzęsącą się szlochem, i ostatnia posługa poety.

View
Sesja #34 - Stodoły i pająki

Sesja 34

Postacie graczy:
- Pan Ô Ramix
- — ?? —
- Tezencjusz
- Callandor
- Euth’Anasia
- Quirai

W pewnej osadzie, gdy zapadł zmrok, obok pieńka, na którym teraz siedział starszy człowiek, rozpalono ognisko. Młodzież i dzieci z tejże wioski otoczyli go półkolem. Pewien pół-elf w kapturze, dwoma mieczami przy pasie oraz łukiem na plecach, słuchał z daleka będąc w cieniu, natomiast jakiś krasnolud dokładał drwa do ognia. Nim staruszek coś powiedział, minęły zgoła dwa kwadranse. Wtem się odezwał.

- Drogie dzieci! – rzekł sędziwym głosem – Szanowni goście! – skinął głową na postać chowającą się w cieniu – Witajcie! Przejeżdżam tędy dwa razy w roku i zawsze są osoby zainteresowane słuchaniem moich opowieści. O czym chcecie, abym wam dziś opowiedział?

- O pięknej królewnie! – krzyknęła pewna dziewczynka.

- O wielkich rycerzach! – wrzasnął jakiś chłopiec!

I w ten sposób wyglądała dobra minuta, kiedy to odezwał się półelf, który w tym momencie skończył się bawić sztyletem i schował go gdzieś za plecami.

- Opowiedz nam dziś o Bohaterach Sandpoint – powiedział spokojnym, acz poważnym głosem.

- Aaa… Bohaterowie Sandpoint… Wiele w życiu widziałem, ale to, czego oni dokonują, trudno opisać słowami – zachmurzył się starzec – Wszak Ty, o mości półelfie, należałeś to tejże grupy.

- To nieistotne – odpowiedział tonem twardym jak stal – Nieistotne dla ciebie jest także to, jak się nazywam.

- Oczywiście, oczywiście… Przypominam sobie pewną historię. Miała miejsce całkiem niedawno. Opowiadał mi o niej pewien rycerz z Zakonu Miecza. Posłuchajcie!

*

Bohaterscy Bohaterowie, o których tak wiele słyszeliśmy, przebywali wtedy w piwnicy pewnego domu z dziurawym dachem. Zabierali ekwipunek, który znaleźli w skrzyni i wyszli na powierzchnie. Udali się do stodoły.
“Nareszcie na świeżym powietrzu!” – ktoś musiał w ten sposób pomyśleć. Poza orłem zataczającym koła nad głowami BB nic się nie zmieniło. No… Prawie nic. Callandor, który szedł przodem, dostał strzałą w stopę. Drużyna spojrzała w stronę, z której nadleciał pocisk i ujrzeli oni elfkę o srebrno-białych włosach skrywanych pod kapturem i rubinowo czerwonych oczach. Widząc zagrożenie barbarzyńca oraz magus rzucili się na “zagrożenie”, widząc, co się dzieje, białowłosa zaczęła uciekać przez las. Euth’anasia strzeliła do niej z łuku z widocznym skutkiem. Jej strzała przebiła udo uniemożliwiając uciekającej ucieczkę. Efekt – pościg trwał tylko kilka sekund.
Barbarzyńca dopadł elfkę, uniósł za płaszcz i zaczął nią szarpać, ale jakimś zdolnym sposobem się uwolniła, po czym upadła na ziemię. Okazało się, iż: nie ma źrenic i nie zna języka wspólnego, jednak BB przyjęli jej pomoc z lekkim ociąganiem. Przedstawiła się jako Quirai.
Gdy weszli do stodoły, zostali zaatakowani przez 4 istoty, których nie potrafię wam opisać, ale Bohaterowie Sandpoint wyszli z walki cało, lecz niekoniecznie bez szwanku. Przy jednym z trupów znaleźli kilka interesujących rzeczy.
Stodoła była podzielona na dwie części oddzielone wielkimi wrotami na środku oraz drzwiami po obu stronach. Euth’anasia dokonała zwiadu w drugim pomieszczeniu i zoczyła wielką ilość pajęczyn i dwie klatki. W jednej leżał nieprzytomny Iknomil, a w drugiej trzy, przypominające ludzkie, ciała.
Wtedy całą drużyną postanowili tam wejść i, jak się okazało, “pokój” był siedliskiem wielkiego jadowitego pająka. Wkroczenie do jego “domu” nie spodobało mu się za bardzo, więc zaatakował. Po długim kombinowaniu, mianowicie po wchodzeniu i wychodzeniu z jego domu, BB wreszcie postanowili zaatakować od frontu. Euth’ zabiła przerośniętego insekta wbijając mu dwie strzały w dwa z wielu oczu oraz w… podgardle? Nieważne. W każdym układzie – taka bestia już nam nie zagraża!
Zabrano nieprzytomnych, czyli Iknomila i trzech ludzi, i położono ich w tej normalnej części stodoły. Jeden z nieznajomych miał na swojej kostce siedmioramienną gwiazdę, co odkryła Quirai. Bez słowa pokazała tatuaż, co doprowadziło, po przebudzeniu posiadacza, do niezbyt przyjemnej konwersacji między barbarzyńcą, a tymże człowiekiem.
Po nocy spędzonej w stodole wreszcie ruszyli do Fortu Czarnych Strzał.
__
*

- Więcej drodzy słuchacze opowiem wam, gdy przybędę na następny rok do tego miejsca – rzekł starszy człowiek.

Dzieci oraz młodzież rozeszły się do domów. Kiedy starszy człowiek już miał wejść do swojej kwatery, półelf chwycił go za ramię nakazując mu pozostanie w miejscu. Wcisnął mu w rękę mieszek złota i powiedział:

- Dziękuję Ci za opowiedzenie tej historii. Nazywam się Varrel i tak, należałem do tej drużyny, ale teraz to przeszłość. Teraz odejdę. Żegnaj.

Nałożył na głowę kaptur i ruszył w stoją stronę.

View
Sesja #33 - Lądowa ośmiornica

Sesja 33

Postacie graczy:
- Pan Ô Ramix
- — ?? —
- Callandor
- Euth’Anasia
- “Rain” Tamarie

- Śledziłam ich od dłuższego czasu – powiedziała do swojego przyjaciela białowłosa elfka – Wszystko by się ułożyło tak, jakbym chciała, gdyby nie to, że weszli do ludzkiego domu z dziurawym dachem. Nie lubię obcych w naszym lesie… Gdy wyjdą, powinniśmy im wyjść na spotkanie i przegonić stąd. Prawda, Elvinie?

*

- A niech cię szlag! – ryknął na więźnia hersz bandytów – Tam musi być jeszcze coś interesującego! Na pewno nie zabrali wszystkiego. Ale jeśli nie jest tak, jak mówisz, to wypruję ci flaki – uderzył go pięścią w twarz.
Człowiek upadł. Ten wstał i chwiejąc się na nogach otrzepał ubiór z kurzu.
- Ale jest tak, jak mówię! Wszystko zabrali z tego domu. Nie wiadomo, co się tam jeszcze może czaić, ale jeśli jest tam pusto, to sądzę, że możecie tam przenieść swoją bazę. To jak? Wypuścisz mnie?
- Nie. Idziesz z nami.

*

- A ja wam mówię, drogie panie i szanowni panowie – ciągnął swoją bajkę bard – W piwnicy tego domu, w puszczy nie znanej nikomu, walka się stoczyła, w której Bohaterowie Sandpoint wzięli udział. Wielki potwór z mackami zaatakował ich, ale nie wiedział on, że tym samym podpisał swój wyrok śmierci. Z boską pomocą odcinali poszczególne macki, aż wreszcie poeta-barbarzyńca wyskoczył i przeciął kreaturę na pół. W ten sposób powstał też pomysł, aby stworzyć gilotynę.
Wszyscy w karczmie śmiali się do rozpuku. Wszyscy, z wyjątkiem pewnego człowieka z dwoma mieczami przy pasie, łukiem na plecach i spiczastymi uszami. Zaraz… Uszy! To nie człowiek, a półelf! Wstał. Stanął w cieniu przy drzwiach. Dobył łuku, napiął cięciwę i postrzelił barda w głowę zabijając go. Pijani słuchacze odwrócili się za późno. Nikogo już nie ujrzeli.

*

Varrel, gdy się ukrył przed ewentualnym pościgiem w bezpiecznym miejscu, zaczął rozmyślać:
- Oni wszyscy byli pijani. Nawet mnie nie zauważyli. Nienawidzę bardów, trefnisiów, żonglerów, a kolor niebieski sprawia, że boli mnie głowa… Nienawidzę ich wszystkich, bo zazwyczaj mówią głupoty. A co do barwy niebieskiej… Sam nie wiem. Pora wynieść się z tej dziury. Taka robota nie jest warta funta kłaków. Muszę się zając poszukiwaniem mojej siostry.

View
Sesja #32 - Na terytorium wroga

Sesja 32

Postacie graczy:
- Pan Ô Ramix
- “Rain” Tamarie
- — ?? —
- Euth’Anasia
- Callandor
- Iknomil III

Varrelu!
__
Nie spodziewałam się, że w grupie, którą opuściłeś, jest tyle ciekawych osób. Zupełnie inaczej mi to opisywałeś – tak prosto, bez szczegółów. Fakt faktem brakuje mi tu pewnej dwumetrowej “szafy”. Nieważne. W każdym układzie – kiedy ja, po Twoim wyjściu z karczmy, przysiadłam się do stolika Twoich przyjaciół, wpadł do budynku bardzo… kolorowy jegomość, który od razu poczuł naszą gościnność. Próbował nas zwerbować do SWOJEJ kompanii, która liczyła jedną osobę razem z nim. W pewnym momencie upadł na podłogę, a ja, widząc okazję, trzasnęłam mu w tą piękną buźkę pięścią. Biedny człowiek, biedna ja przy okazji, bo kodeks nakazuje mi bronić słabszych. Będę musiała go przeprosić. Idąc dalej – gdy chcieliśmy się dowiedzieć, czy potrafi walczyć, stwiedził, że tak, ale nie do końca wiedział czym. Efekt był taki, że dużo gadał, a mało robił.
__
Gdy w karczmie wszystko zostało załatwione, rozpoczęliśmy podróż do Fortu Czarnych Strzał. Kiedy przeprawialiśmy się przez rzekę, Euth’ usłyszała ujadanie psów. Zdziwiłam się odrobinkę, ponieważ Płotka nic nie wyczuła.
__
Przez całą drogę nasz nowy kompan mówił tylko o pieniądzach. Zaczynam mieć go dość.
__
Po chwili weszliśmy na polanę, gdzie ujrzeliśmy kota, który uwięziony był w pułapce, natomiast psy były coraz bliżej. Ja i barbarzyńca uwielniliśmy biedne zwierze, kiedy nagle z lasu wyłoniła się wataha PSÓW!! A wraz z nimi pewien… Ork? Śpiewał jakieś piosenki w taki sposób, że doprowadził moje uszy do płaczu. Varrelu, już ty lepiej śpiewasz!
Doszło do starcia, z którego wyszliśmy zwycięsko, ale szkoda mi tego całego śpiewaka z bożej łaski, ponieważ, zanim go barbarzyńca zabił, dało się słyszeć gardłowe “nieee!!”. A może tylko ja to usłyszałam?
__
Kot, o dziwo oswojony, zaczął nas prowadzić przez różne pola i lasy, aż do jakiejś zrujnowanej chaty z dziurawym dachem. W czasie tej podróży stoczyliśmy kilka walk z istotami podobnymi do tamtego orka. Wspominając jeszcze o tej budowli – nie wyobrażam sobie mieszkania tam. Na progu domu już czekała pułapka, w którą biedna Euth’ weszła. Poszła wtedy na zwiad, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Cudownie, prawda? Ja bym mogła iść, ale mój rynsztunek się raczej do tego nie nadaje. Dajcie mi inny strój, to można inaczej porozmawiać. W domu nie znaleźliśmy absolutnie nic… Poza wielkim, rozlanym na wszystkie strony potworem posługującym się magią, oraz nieumarłymi. Zastanawiam się, ile jeszcze rzeczy na tym świecie ujrzę. Z walki wyszliśmy CHYBA w jednym kawałku, czego nie można powiedzieć o żywych trupach. Było to jednak połownicze zwycięstwo, ponieważ wyżej wspomniany potwór po prostu się rozpłynął. Podobno było to zaklęcie teleportacji, ale do tej pory nie wiem, kto je rozpoznał. Zamyśliłam się trochę. Może Iknomil, może nasz nowy towarzysz. Nieważne.
__
Nie brzmi to wszystko zbyt optymistycznie. Im więcej takich plugawych bestii po świecie chodzi, tym później zaznamy spokoju.
Inne przygody będę Ci opowiadać w kolejnych listach. Mam nadzieję, że dojdzie do Ciebie ta wiadomość. a też obiecuję, że będę pisała ich więcej.
__
Tamarie

View
Giń, aby żyć! (i aby nauczyć się pisać?)

Sesja 31

Postacie Graczy:
-Euth’Anasia
-Iknomil III
-Lauxema
-Pan Ô Ramix
-Varrel

Idąc dalej korytarzami tych przeklętych podziemi, wreszcie B.B. ujrzeli kolejną większą komnatę… Varrel dostrzegł pułapkę, rozbroił ją oraz przetestował rozbrojony mechanizm różnymi środkami, w tym Lauxemą. Od razu gdy weszli do pomieszczenia, zaatakowało ich kilka wielkich śluzowatych stworów, które widać potrafiły się rozdwajać. Kiedy reszta drużyny zmagała się z innymi galaretkami, Lauxema zdeformował i rozpuścił swoimi uderzeniami pięści i nóg trzy mniejsze stworzenia. Kiedy Mnich dziko wywijał kończynami zadając kolejne ciosy, jedno ze stworzeni pochwyciło go silnie nibynóżką, pokrywając jego ciało kwasową wydzieliną. Jego głowa została całkowicie wypalona przez, a jedyne co zostało po Lauxemie to bezwładne ciało ze szkieletem od barków aż po czubek głowy.

Lauxema, niee! – krzyknęła Euth’Anasia wystrzeliwując kolejną już strzałę, po raz kolejny rozdwajając żelka.

Sytuacja wydawała się beznadziejna. Kiedy Varrel chciał już sięgać po magię zamkniętą w różdżkach Iknomila, O’ramix wysadził w powietrze swoimi bombami wszystkich przeciwników…

Zebrane szczątki zabrali do Żółwiowej Przystani, gdzie Lauxema został wskrzeszony przez tamtejszego kapłana Erastil. Jednakże na drugi dzień mnicha już nie było. Nie, nie opuścił świata żywych, ale opuścił naszą drużynę zostawiając list, pierścień i naszyjnik. W liście NAPISAŁ (cholera, on umie pisać! Chyba…) o tym, że objawił mu się Tafit, który nakazał mu głoszenie jego nauki po całej Varisii i dalej.

Niechaj bóstwa z Tafitem na czele będą z nim!

View
Sesja #30 - Galaretki, śluzy, żaby

Sesja 30

Postacie Graczy:
- ?? —
-Euth’Anasia
-Iknomil III
-Jeremiasz Bubba
-Lauxema
-Pan Ô Ramix
-Varrel

Bohaterscy Bohaterowie, z Varrelem na czele, przemierzają zamieszkałe przez różnorakiego rodzaju galaretki i śluzy podziemia. Przechodzą przez szersze, węższe, całkiem wąskie korytarze, odkrywając kolejne pomieszczenia. Wchodzą po schodach i schodzą z nich, i tak dalej, i tak dalej… Może to brzmieć absurdalnie, ale walczyli oni nawet z drapieżnym biurkiem! Niewiele brakowały aby biedny Iknomil został przez ów mebel zjedzony w ramach przystawki.

Gdy B.B. przeciskali się przez bardzo ciasne przejście, Varrel, który ze zwinnością jaszczurki przecisnął się przez tą przestrzeń, poszedł na zwiad. Odkrył jeziorko zamieszkiwane przez martwe, po wizycie Bohaterów, żaby oraz wyjście z jaskiń połączonych z podziemiami. Chwała Calistrii! Świeże powietrze! – pomyślał Varrel…

Ale za cholerę nie wiem, dlaczego przeszukujemy te podziemia! To się źle skończy. – stwierdził na koniec.

View
Sesja #29 - Bohaterska Eksterminacja

Postacie Graczy:
- — ?? —
- Euth’Anasia
- Lauxema
- Pan Ô Ramix
- Varrel

Iknomil oraz Shalelu zostali porwani przez bandę jaszczuroludzi o nieznanych pobudkach! Cała dostępna drużyna rusza na ratunek i zagłębia się w głąb wilgotnych i głębokich bagien! Po żmudnym tropieniu porywaczy w kałużach zwykłych i pop**dolonych dzielna, bohaterska ekipa staje naprzeciwko całej wioski jauszczuroludzi, którzy chyba nie mają zamiaru negocjować warunków uwolnienia jeńców. Widząc dowódcę Varrel wpada na mroczny plan:

“Nie zabijajcie go. Chcę go przesłuchać.”

Walka jest szybka lecz brutalna. Potężny miecz barbarzyńcy przyozdabia okolicę w różnorakie elementy gadziej anatomii. Lauxema wali po mordach. Euth’Anasia strzela. Varrel się skrada. Alchemik miota bombami na lewo i prawo. Jeremiasz zachodzi od tyłu. Wreszcie na polu bitwy pozostaje tylko szaman jaszczuroludzi schwytany przez Lauxemę. Próbuje się jeszcze wyrywać ale jest bez szans. Zadowolony Varrel podchodzi do niego z uśmiechem na ustach i wbija mu sztylet we flaki aż po jelec.
“Ach wybaczcie, powiedziałem “przesłuchać”? Miałem na myśli zamordować oczywiście…"

Wioska jaszczuroludzi świeci pustkami. No może poza kilkomo świeżo osieroconymi jaszczurodzieciami, które prawdopodobnie za jakieś 5 – 10 lat będą mścić się na bohaterach za ich bohaterskie czyny. Jedyną rzeczą mogącą być potencjalnym tropem za porwanymi okazuje się drabina prowadząca do podziemi. Jaszczuroludy widocznie też wiedzą, że nie ma szanującej się wioski bez pożądnych podziemi!
Po szybkim zejściu na dół (Euth’Anasia uznała, że zostanie na czatach dla bezpieczeństwa), bohaterowie znajdują porwanych w pomieszczeniu szczelnie wypełnionym złomem, strawionymi ciałami oraz mięsożernymi, sześcianowatymi galaretkami. Galaretowate bestie nie posiadały żadnej widocznej anatomii, słabych punktów, niemożliwym było je zaskoczyć, oflankować czy też przestraszyć. Nie ma się co dziwić, w końcu były tylko galaretkami. Żarłocznymi, myślącymi, żrącymi jak kwas, ale jednak galaretkami. Po pierwszych niepewnościach i strachu na jaw wyszło, że galaretki pomimo szeregu tych niezwykłych cech reagują na dwuręczne miecze i rozpędzone pięści w bardzo pospolity sposób. Kiedy walka dobiekła końca Iknomil oraz Shalelu zostają uratowani, zaś drużyna wzbogaca się o kolejną partię magicznych artefaktów. Jednakże, czeka na nich długi mroczny korytarz… Co znajdą, jeśli zdecydują się nim podążyć? Dlaczego Iknomil oraz Shalelu nie budzą się ze snu? I czy Jeremiasz skończył już zachodzić od tyłu jaszczuroludzi? O tym w następnym odcinku.

View
Sesja #28 - Statki, węże, sekretarki.

Sesja 28

Postacie Graczy:
- — ?? —
- Euth’Anasia
- Jeremiasz Bubba
- Lauxema
- Pan Ô Ramix
- Varrel

Asystuję panu burmistrzowi już 5 lat i jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie… Biedaczek, zagłodzi się, odkąd tylko usłyszał od tych podejrzanych osobników plotki o zamachu na swoje życie… Przecież pięć posiłków dziennie to stanowczo za mało, ponadto nie może patrzeć na krwiste steki, które dotąd tak uwielbiał! Obujrzające! Wierz mi moja droga, ci cali “bohaterowie z Sandpoint” to tak naprawdę banda nastających na pieniądze burmistrza oszołomów! Logan, jeden ze strażników powiedział mi, że zasłaniając się pozwoleniem burmistrza najzwyczaniej w świecie włamali się do domu sędziego! Ale to nic w porównaniu z tym, co zrobili potem…

Siedzę ja sobie spokojnie za biureczkiem w ratuszu, pan burmistrz zajmuje się za drzwiami sprawami kluczowymi dla miasta a jakże! Słyszę nawet brzdęk sztućców co napełnia mnie nadzieją na jego powrót do zdrowia, a tu nagle jak nie wpadnie, ten strażnik, co go przenieśli tutaj tydzień temu, wiesz ten z tym mrocznym spojrzeniem, hi hi hi…

- Burmistrz jest wzywany przed ratusz… – powiedział blady jak ściana. – To chyba bardzo, bardzo ważne.

Oczywiście powiedziałam mu, że burmistrz załatwia ważne sprawy, ale nie chciał słuchać i wparował do środka. Nasz biedny burmistrz cały czerwony na twarzy wręcz wybiegł za nim! Martwiąc się o niego podążyłam czem prędzej za nimi. To doprawdy straszne! Wyobraź sobie, że ci oberwańcy śmieli pod ratusz przywieźć na wozie truchło jakiegoś… wielkiego stwora… Jakby Ci to opisać… Wyobraź sobie długie na kilka metrów ciało węża… z babą u góry. Mniej więcej coś takiego.
Stali wszyscy zadowoleni z siebie, jakiś brudny dzikus w skórach obładowany wielkimi broniami, drugi mu podobny wielkości szafy, tylko nieuzbrojony, za to ubrany chyba w worek po ziemniakach. Żebyś widziała szramy na jego twarzy! Pewnie wdawał się w burdy po karczmach, nie ma wątpliwości. Był jakiś podrzędny krasnolud, obwieszony butelkami, pewnikiem pijak! Alkoholik jak oni wszyscy… Obok stał zakapturzony półelf cały ubrany na czarno. Skąd zatem wiem, że półelf? No wiesz, te idiotyczne uszyska bardzo dobrze przebijały przez kaptur, zupełnie jakby miał na głowie rogi. Wierz mi moja droga, to sami rabusie i mordercy, na pewno słyszałaś o ostatniej pladze morderstw w naszym piękym mieście, oooch nikt nie może czuć się bezpieczny! Podobno właśnie półelfy są ich sprawcami! Czekaj czekaj, nie tylko oni, była też z nimi pełnokrwista elfka! Żebyś to widziała! Ubrana jak chłop, włosy potargane, grzywka na czole nieudolnie zrobiona, biust maleńki! Jedyne co miała ładne, to buty całkiem przednie zrobione i nawet czyste. Sama bym sobie takie sprawiła na polowania z burmistrzem! No ale to nic, burmistrz tak się przejął tym widokiem, że zawołał ich do swego gabinetu. Z tego co żem podsłuchała nawciskali mu ciemnoty, że rozwiązali sprawę zamachu na jego życie, ale prawdopodobnie to jeszcze nie koniec… Wyobrażasz sobie? Mało im dalej pieniędzy i zaszczytów! Oooch doprawdy koniec świata w tym Magnimar moja droga…




A wczoraj to słuchaj nie uwierzysz! Robię ja sobie normalne zlecenia, wiesz tu śpiewający sztylecik dla jakiegoś barda, tam wieczne pochodnie dla górników, gogle magiczne dla jakiegoś niziołka, swoją drogą ciekawa sprawa, chyba pierwszy raz widziałem niziołka w butach. Normalna robota zaklinacza. Ty, a potem przyszła elfka i mi mówi, że potrzebuje jakiegoś przedmiotu zwiększającego potencjał magiczny, bo czarów nie może rzucać. Elfka. Nieumiejąca. Magii. No wiem! Kurde polejże jeszcze bo dalej mi się micha trzęsie ze śmiechu jak to sobie przypomnę!




Witoldzie doprawdy to karygodna postawa z twojej strony. Tradycja naszego wspaniałego banku kategorycznie zabrania interesowania się prywatnymi sprawami naszych klientów. Nie, nie ciekawi mnie jak Ci państwo wyglądali ani skąd wzięli kilka skrzyń i worków platyny w przeciągu doby od założenia konta. Prawdziwa profesjonalność wymaga od nas dyskretności i obowiązkowości, Witoldzie. Jak dla mnie mogliby tutaj wjechać na czterech smokach do wtóru magicznych eksplozji a powitałbym ich z tak samo otwarymi ramionami, jak powitałem ich wczoraj. Doprawdy smuci mnie, że zasugerowałeś zgłoszenie sprawy do straży miejskiej. To wszystko co mam do powiedzenia. W ramach rekompensaty spędzisz dzisiejszy dzień pracy polerując platynę klientów, którzy tak cię ciekawili.




Kurna wstawaj! Jak się bosman dowie, że spałeś pod pokładem znowu będziesz pucował w słońcu pokład! Ominęła Cię bitka! Bitka mówię! Podajcie no rum, bom jeszcze nie ochłonął! Nie wierzę, że cały ten harmider Cię nie obudził! Cholera płynie sobie bareczka spokojnie, nasi pasażerowie grzecznie się nie wpieniają w naszą robotę, bosman rżnie w karty z kapitanem, a tu nagle jak o coś nie zahaczymy! Zrywamy się od roboty, ktoś rzucił, że chyba zahaczyliśmy o mieliznę a tu nagle jak nie zaświszczą w powietrzu włócznie i jakieś sznurki uwiązane na kamienie! Myślę sobie, że piraci rzeczni, ale nie widzę nigdzie innych statków na rzece! A tu się okazało, że to z szuwarów jakieś łatajstwo! Te sznury z kamieniami i włócznie raniły paru naszych, ale co najlepsze dwa ugodziły w naszych pasażerów! Tego śmiesznego gnoma i tę niezłą elfkę co ci się podobała. Nie, nie wiem, czy żyje, bo potem poleciały jakieś haki na sznurach i wciągnęły oboje do wody, mimo że ten niziołek w butach próbował to powstrzymać. To pasażerowie nie myśląc wiele, myk, myk, myk do wody! Najpierw poleciał ten wielki łysy ze szramami na mordzie, wiesz ten co opowiadałeś, że nawet niezłe historie o swoim bogu prawi. Coś w tym jego boskim gadaniu chyba jest bo leciał jakby go sam bóg wichrów w dupę dmuchał! Skoczył ze cztery metry jak nic, jeśli nie sześć! Patrzymy, a on tam jakiegoś jaszczura na dwóch nogach leje po mordzie, mówię Ci! Zaraz za nim skoczył ten niziołek, ale jak wpadł do wody to ino głowę było widać to go ten łysy musiał wytargać. Po drugiej stronie też widowisko jak nigdy, chłopie. Ten cały barbarzyńca z Varisii pognał pod pokład i wraca z tym mieczyskiem. Też do wody skoczył, tylko na drugą stronę rzeki. Jakżeśmy to zobaczyli to za głowy my się złapali gdzie on z takim żelastwem do wody się pcha. Oczywiście daleko nie popłynął, ale flachę rumu ma u mnie za odwagę. Po nim skoczył krasnolud, wiesz ten co całe dnie spędza pod pokładem warząc jakieś dziwne napitki. Najpierw myślałem, że jak wpadł pod tę wodę to już go więcej nie zobaczymy, ale nieźle sobie poradził. Na koniec ta druga elfka, wiesz ta czarna. Najpierw obserwowała szuwary, a to jej straszne kocisko tylko biegało do kajuty i z powrotem! Mówię Ci łuk i strzały jej przyniósł, normalnie jakby mowę rozumiał! Przytargał też jakiś dziwny koc czy coś… Nie wiem co to było, pewnie jakieś magiczne sprawy bohaterów, nie dla nas, maluczkich…

Ona to dopiero skoczyła! Nie tak wysoko jak ten wielki łysy, ale i tak znalazła się na drugim brzegu i mierzy w szuwary z łuku. Za nią skoczyło kocisko. I tak wszyscy skończyli w wodzie, poza tym podejrzanym półelfem, co to całe dnie nic się nie odzywał. Barbarzyńcę zniosło, aleśmy go jakoś wyratowali. Okazało się, że te stwory uciekły z gnomem i elfką a ci awanturnicy czym prędzej wyruszają im na ratunek! No chodź na górę, to może jeszcze ich zobaczysz w akcji!

View
Sesja #27 - Lamia na szczycie Wieży

Sesja 27

Postacie Graczy:
- — ?? —
- Euth’Anasia
- Lauxema
- Pan Ô Ramix
- Varrel

Oto stoją, stłoczeni wokół truchła bestii w ciasnym korytarzy. Szczerze mówiąc, patrząc na unoszące się i opadające pod sufitem fragmenty broni gorączkowo próbujące ukatrupić otoczonego demona myślałam, że szybciej się z tym uporają. Tyle było darcia tego ozdobionego zębami pyska, przekleństw w języku z najdalszych otchłani piekieł, machania ognistym mieczem, tylko po to, aby Lauxema niby to od niechcenia podciął poczwarze zakończone kopytami nogi i przewrócił ją na zimny kamień podłogi. Mogłam tylko zacząć zbierać strzały. Niewiele ocalało. Melkor lizał łapę. Orik patrzył z konsternacją na całe zajście też lekko zdziwiony obrotem sprawy.
Kiedy demon padł moi (wciąż z trudem przechodzi mi to przez gardło) kompani zgromadzili się w pełnej krwi sali i zaczęli dzielić łupy. Złota i klejnotów było sporo, niemal wszystkim zaczęły się świecić oczy. Varrelowi prawie z orbit wyszły kiedy zaczął przeliczać, poczciwy Lauxema tymczasem równie dobrze mógłby znaleźć kłębek włóczki i podejrzewam, że jego wyraz twarzy niespecjalnie by się zmienił.

Podziękowaliśmy sobie nawzajem z Orikiem za dobrze wykonaną robotę. Były najemnik orzekł, że wyrusza powiadomić przełożonych o tym co znaleźliśmy. Za moją drobną sugestią obdarowaliśmy kapłana skrzynką kosztowności a sami wróciliśmy do gospody.
Kiedy obmyłam się z brudu walki i spłukałam z siebie troski dnia codziennego ujrzałam zabawną scenę. Łóżko wybrzuszone przez kupę złotych skrzyń, które tak zwani bohaterowie próbowali schować. Dosyć szybko stwierdzili, że trzeba iść po rozum do głowy i wstąpić do krasnoludzkiego banku, gdzie będzie można bezpiecznie złożyć nasze pieniądze. Obchodziło mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg, tak długo jak mam za co kupić udziec wołowy, piwo i kołczan strzał niewiele mi trzeba. No, może czasami z uśmiechem wracam myślami do mojej sukienki wieczorowej i bucików ukrytych w mym pokoju, ale to tylko drobna fanaberia. Dobry łowca musi potrafić wtopić się w każde otoczenie, więc tego rodzaju… kamuflaż nie zawadzi.

Dla mnie samej idea banku wydaje się dość obca i podejrzana, ale to nic w porównaniu z biednym Lauxemą, któremu Oramix starał się wyjaśnić, że oddawanie swoich pieniędzy obcym krasnoludom na przechowanie jest wspaniałym pomysłem. No cóż, są mądrzejsi ode mnie, mnie moja część podziału tylko by spowalniała, niech sobie poleży gdzieś tam w skarbcu za cuchnącymi krasnoludami.
Niestety, już kiedyś doświadczyłam tego, że jak polowanie poszło dobrze to się w dupie przewraca i rzuca się z motyką na słońce. Tak też postanowili moi kompani a ja głupia nie protestowałam. Uznali, że należy wrócić do starej wieży, skąd przedtem spylali jak wystraszone króliki bo wydawało im się, że widzieli demona. Potem Bubbę i Lauxemę zaatakowało tam jakieś paskudztwo i spylali dwa razy szybciej niż przedtem. Miałam nadzieję, że w razie czego wszyscy znajdziemy siły, aby spylać stamtąd trzy razy szybciej, gdyby coś poszło nie tak. Wykazali przynajmniej na tyle rozumu, aby poprosić o pomoc Orika.

Ciężko zakradać się ostrożnie po skrzypiących schodach, więc większość z nas porzuciła wszelkie próby ukrycia się Kiedy dotarliśmy już niemal na szczyt wieży i naszym oczom ukazała się tajemnicza karta zapisana znakami, na imć Barbarzyńcę z mroku wyskoczyła jakaś paskuda o twarzy zakrytej maską. Widząc jej zielone kobiece ciało kończace się w pasie ogromnym łuskowatym ogonem węża, rychło skojarzyłam stare opowieści o plemieniu Lamii, potwornych wynaturzeń o mrocznym usposobieniu. Ciężka to była walka, tym razem Lauxema niezbyt mógł podciąć nogi czemuś, co tych nóg nie posiadało, więc walka przybrała bardziej naturalny przebieg, niż odkąd mnich nauczył się, że bitwy stają się dużo prostsze i mniej bolesne kiedy przeciwnicy próbują podnieść się z podłogi zamiast odpowiedzieć na atak. Z tego też powodu nie obyło się bez ran, niektórych głębokich, zadanych paskudnie wyglądającą włócznią Lamii… O ile jednak widok zakrwawionego i nieprzytomnego Varrela, Lauxemy czy też Barbarzyńcy przestał już być dla mnie czymś wyjątkowym, to kiedy ta wijąca się nierządnica zraniła biednego Melkora aż zaskomlał i zwinął się na podłodze, to aż mi żyły na karku napięło. Lamia zakończyła żywot z moją strzałą w sercu. Melkorowi na szczęście nic się nie stało, magia lecząca Orika zdziałała cuda. Będę jednak musiała mocniej przyłożyć się do jego trenowania, aby taka sytuacja się już nie powtórzyła… Na pamiątkę tego spotkania za zgodą drużyny wybrałam sobie kukri stwora oraz tajemniczą maskę, która zdawała się przemieniać w kamień przeciwników… Interesujące, być może przyda się w nadchodzących, niepewnych czasach.

View
Sesja #26 - Krwawy Markiz

Sesja 26

Postacie Graczy:
- — ?? —
- Euth’Anasia
- Jeremiasz Bubba
- Lauxema
- Pan Ô Ramix
- Varrel

Bohaterowie podejmują kolejną próbę schwytania mordercy, którego ofiarami są kapłani Sarenrae. Tym razem wyznaczając Varrela jako przynętę, tworzą ścisły kordon wokół miejsca zasadzki, czujnie obserwując pół-elfa i czekając na ruch mordercy. Po niedługim czasie jakaś zakapturzona postać wybiega z ciemnego zaułka i próbuje rzucić się na Varrela, jednakże nieskutecznie. Szybka interwencja Drużyny najwyraźniej odbiera mordercy pewność siebie, ponieważ ten zaczyna uciekać. Na pomoc uciekającej postaci rzuca się skrzydlata kamienna bestia, porywając ją i niosąc w głąb Podmościa. Na szczęście Melkor jest w stanie nadążyć za uciekinierami.

Kot doprowadza ścigających do zrujnowanej świątyni, gdzie na starym cmentarzu skrzydlata bestia z kamienia stara się powstrzymać Drużynę przed dalszym pościgiem. Po sprawnym otoczeniu stwora, walka toczy się już jednostronnie. Barbarzyńca dokańcza dzieła odrąbując bestii łeb.

Odnalezienie ukrytego wejścia do katakumb pod zrujnowaną świątynią nie nastręcza Bohaterom kłopotów. W środku okazuje się, że ktoś używa tego miejsca do swych celów i jest przygotowany na nieproszonych gości – takich jak Drużyna. Z ciemności napadają ich nieumarli, z którymi jednak rozprawiają się momentalnie. W tym momencie do przeszukujących katakumby dołącza Lauxema wraz z Jeremiaszem, wysłanym by przyprowadzić mnicha na pomoc, co nie obyło się bez nadmiernej gestykulacji i odrobiny przymusu.

W kaplicy znajdującej się w katakumbach Drużyna napotyka pół-elfkę, morderczynię która wydaje się być odpowiedzialna za śmierć kapłanów. Na potwierdzenie tego na ołtarzu leżą ludzkie serca, jedyne co zostało zabrane ofiarom. Cała kaplica upstrzona jest malunkami z krwi i trupami ptaków. Najbardziej rzuca się w oczy malunek nad ołtarzem, przedstawiający ptasie pióro leżące w kałuży krwi. Po szybkim starciu z pół-elfką, Drużyna uwalnia z bocznej nawy młodą kapłankę Sarenrae, przedstawiającą się jako Lex Avai. Wypytują ją o szczegóły i starają się potwierdzić jej intencje, jednak młoda kobieta wydaje się być dość zdezorientowana. Jednak wszystko okazuje się tylko grą – kobieta przemienia się w płomiennowłosego uskrzydlonego demona i wywiązuje się długa i krwawa batalia. Na szczęście dla kapłanów Sarenrae jak i samych walczących – demona udaje się pokonać. Orik wydaje się być przejęty faktem iż wszystko wskazuje na to, że świątynia poświęcona niegdyś była Sarenrae, a teraz osiedlił się w niej demon służący Shax. Jest dozgonnie wdzięczny Drużynie za pomoc.




Varrel, przybierając imię Varik oraz ubierając się w szaty wędrownego rybałta (niezbyt krzykliwe, ciepłe szaty zapewniające ochronę przed deszczem i wiatrem), rozgłaszał i rozsławiał opowieści o sobie i swojej grupie przyjaciół. Opowiadał tego wieczoru różne historie w jednej z większych karczm dla przyjezdnych.

- Tak! Oto i ja! Wasz minstrel Varik! – ukłonił się nisko do swojej publiczności stojąc przy kominku – Przybyłem do was głównie dlatego, ponieważ chciałem wam opowiedzieć o historii, której sam byłem świadkiem!

Wtem wszystkie hałasy i krzyki w karczmie ustały. Można było wyczuć atmosferę skupienia. Varrel, znaczy Varik, podjął temat.

- Przyjaciele! Zdarzenia te miały miejsce w naszym ukochanym mieście Magnimar!

Rozległy się szepty po sali, ale gdy ucichły, opowieść się zaczęła.

- Bohaterscy Bohaterowie: nadzwyczaj barbarzyńca, wielki jak szafa mnich, dzielny mag, elfia łowczyni z okiem sokoła oraz jej koci przyjaciel, zwinny pół-elf łotrzyk mówiący mową wielu ras i kreatur, mądry alchemik i ich przywódca – wspaniały niziołek o niezwykłej zręczności, zastawili pułapkę na zabójcę kapłanów Sarenrae. No i morderca zaatakował. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie to, że otoczony skrytobójca został przechwycony przez DEMONA!

Po sali przeszedł odgłos, który świadczył o zaskoczeniu widzów.

- Tak moi drodzy, demon. Trzy metry wzrostu, paskudna głowa, z której wyrastały rogi większe i ostrzejsze jak u byka, zęby jak sztylety, ogon niczym maczuga z kolcami, pazury jak noże rzeźnickie, skrzydła jak u smoka, a całość wieńczyła aura, którą wokół siebie emanował. Ale przejdźmy dalej. Dzielny koci przyjaciel elfiej łowczyni doprowadził Bohaterskich Bohaterów do kryjówki ściganych. Była nią świątynia, zrujnowana teraz zresztą. Demon już ich oczekiwał. Zaatakował nieostrożnych poszukiwaczy przygód, ale wspólnymi siłami udało się pokonać wysłannika piekieł!

Dało się słyszeć pojedyncze oklaski. Tu ktoś wchodził, tu ktoś wychodził. Varrelowi zamajaczyła na tyłach karczmy znajoma sylwetka, ale postanowił się przyjrzeć później.

- Podajcie mi proszę kilka kartek, kałamarz i pióro.

Karczmarz przyniósł te rzeczy, łotrzyk przebrany za rybałta zaczął na nich rysować plan ruin świątyni oraz podziemia. Wbił je dwoma kołkami nad kominkiem tak, aby wszyscy je widzieli i mówił dalej.

- Tu – wskazał na cmentarz na planie świątyni – toczyła się bitwa. Gdy przeszukiwali teren, spostrzegawczość łotrzyka pozwoliła mu ujrzeć ukryte wejście do podziemi! - Ten łotrzyk, o którym tak mówisz – ktoś ze środka sali się odezwał – musiał mieć równie wspaniałe oko jak elfka, o której wspominałeś wcześniej. - Oczywiście – Varrel się uśmiechnął – nawet wspanialsze. Bohaterscy Bohaterowie zeszli do podziemi, gdzie czekała na nich już cała armia ruszających się szkieletów, ale dla nich nie ma nic niemożliwego! Przeszkoda została pokonana! Bohaterowie weszli następnie do pomieszczenia – wskazał ręką na plan podziemi – , gdzie czekała już na nich oszalała zabójczyni, jednak mnich zakończył sprawę jednym uderzeniem. Zmiażdżył swoją pięścią twarz morderczyni.

Niektórzy aż się zatrzęśli z odpowiednim do tego odgłosem na dźwięk słów “zmiażdżona twarz”.

- Była tam też druga kobieta! Gdy ją jednak wyprowadzali z podziemi, przemieniła się w kolejnego demona, ale tym razem o ciele kobiety. Nie wyglądała tak groźnie jak jej pobratymiec, którego bohaterowie zabili wcześniej, ale była znacznie bardziej niebezpieczna. Kobiety zawsze są nieprzewidywalne, prawda?

Rozległ się śmiech po sali, ale ludzie dalej słuchali z uwagą.

- Wspólnymi siłami udało się ją pokonać, ale nie obyło się bez drobnych ran i siniaków. Bo któż zdoła pokonać Bohaterskich Bohaterów! – Varrel, znaczy Varik, podniósł swój kufel z piwem – Wypijmy za nich, niechaj żyją jak najdłużej i niech im szczęście sprzyja w walce ze złem, które się czai w Magnimar!

Wszyscy jednocześnie wznieśli swoje napitki i zaczęła się zabawa. Gdy Varrel schodził z podestu, na którym stał, wreszcie poznał przybysza, którego dostrzegł wcześnij. Był to O’Ramix we własnej osobie, przysłuchujący się opowieści, trochę podkoloryzowanej, ale na tym właśnie polega praca rybałta. Zabawa trwała całą noc aż do bladego świtu.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.